Być jak Zuckerberg

11 byc jak zuckenberg

W maju będziemy świadkami debiutu giełdowego Facebooka. Pierwszy raz w historii tego rozmiaru portal społecznościowy będzie dostępny dla szerokiego grona inwestorów. Astronomiczna kwota (nawet do 100 miliardów USD), na jaką szacowana jest wartość społecznościowego giganta, spędza sen z powiek analitykom po obu stronach oceanu i rozpala wyobraźnię młodych programistów, którzy marzą o powtórzeniu sukcesu młodego Zuckerberga.

IPO entuzjazm

11ePodejmując decyzją o debiucie na giełdzie Marc Zuckerberg wciągnął w grę nie tylko potencjalnych akcjonariuszy, firmy reklamujące się na Facebooku czy samych użytkowników serwisu. Giełda niezwykle łatwo ulega emocjom, a stadne zachowania często wypierają zdrowy rozsądek inwestorów. Giełdowe powodzenie Facebooka może zasugerować, że w powstających jak grzyby po deszczu startupach społecznościowych tkwią nieprzebrane i dotąd nieodkryte możliwości zarobkowe. A ponieważ entuzjazm bywa bardzo zaraźliwy, może łatwo przenieść się z sektora „społecznościówek” również na inne przedsięwzięcia internetowe. W konsekwencji przeszacowaniem może być zagrożona spora część firm działających głównie w Internecie, a skutki ewentualnego pęknięcia społecznościowej bańki mogą mieć wymiar globalny.

Sto miliardów USD to ogromna suma pieniędzy i ponad cztery razy więcej niż dotychczasowy rekord początkowej wyceny giełdowej firmy, ustanowiony w 2004 roku przez Google. I choć dziś nikt już nie wątpi w wartość giganta z Mountain View, który od kilku lat definiuje Internet, nie zmienia to faktu, że sukces Facebooka stoi pod znakiem zapytania. Szacowana wartość serwisu nijak ma się do danych zamieszczonych w prospekcie emisyjnym firmy, według którego przychód w 2011 roku wyniósł „jedynie” 3,7 miliarda USD, czyli dziesięć razy mniej niż roczny przychód Google.

Z drugiej strony, porównanie przypadku Facebooka z historią Google’a działa korzystnie na wycenę i dodatkowo podgrzewa atmosferę wokół sprzedaży akcji serwisu Zuckerberga. W roku 2000 Yahoo!, popularny portal internetowy, miał okazję kupić wyszukiwarkę Google’a wraz z systemem reklam. Jednak ówczesny CEO Yahoo! Terry Semel pożałował kilku miliardów USD, a Google w ciągu kilku lat wspiął się na szczyty indeksów giełdowych, osiągając szacunkową wartość nie kilku, ale 200 miliardów USD. Dziś nikt nie chce popełnić podobnego błędu. Bo w ciągu kliku lat drogie obecnie akcje Facebooka mogą stać się jeszcze droższe.

Również samo kierownictwo Facebooka dba o to, by spekulacje na temat faktycznej wartości serwisu były coraz żywsze, podsycając je w ostatnich miesiącach kontrowersyjnymi zakupami – patentów od Microsoftu za pół miliarda USD i darmowej aplikacji do publikowania w Internecie zdjęć stylizowanych na Polaroidy o nazwie Instagram (która na razie nie przynosi żadnych wymiernych zysków) za okrągły miliard USD.

W cieniu bańki

11c– Wyceny internetowych spółek na prywatnym rynku wprawiają w osłupienie świat tradycyjnego biznesu – komentuje Przemysław Pająk, redaktor naczelny serwisu Spider’s Web. – Facebook,  największy serwis społecznościowy świata, jest dziś warty 100 mld USD, więcej niż McDonald’s. Wartość Grouponu, serwisu zakupów grupowych, wynosi 25 mld USD, firmy Zynga, producenta gier społecznościowych na Facebooku 15 mld USD, a serwisu mikroblogowego Twitter 7,7 mld USD. Te wartości wynikają z cen płaconych za mniejszościowe udziały w firmach, które wymyśliły i prowadzą serwisy. Firmy te wystawiają na sprzedaż niewielkie, na ogół kilkuprocentowe pakiety swoich akcji. Oferta jest ograniczona wyłącznie do inwestorów instytucjonalnych, którzy chętnie pompują w firmy miliony dolarów. Dlaczego? Bo wietrzą krociowe zyski po ich wejściu na giełdę. Liczą, że kupują akcje drogo, ale na parkiecie będzie jeszcze drożej. Zazwyczaj taki ciąg wydarzeń jest przyczynkiem do nadmuchiwania bańki – dodaje.

Bańki internetowe potrafią być niebezpieczne. Wystarczy przypomnieć choćby bańkę dotcomową z drugiej połowy lat dziewięćdziesiątych, kiedy powstał cały gąszcz internetowych przedsięwzięć w rodzaju WorldCom, Boo.com, a w Polsce serwisy takie jak Ahoj.pl. Wszystkie zapowiadały się świetnie i miały być maszynkami do robienia pieniędzy, a Internet nowym dzikim zachodem w epoce gorączki złota. Optymizm i euforia trwały do początków roku 2000, kiedy nastroje inwestorów zaczęły stygnąć, a kursy spółek dotcomowych zaczęły spadać z prędkością równie imponującą, z jaką wcześniej rosły. Wiele firm przestało wtedy istnieć, a odzyskiwanie zaufania do sektora trwało długie lata.

Czujność inwestorów wzmóc powinien również casus MySpace – jeszcze kilka lat temu największego serwisu społecznościowego na świecie. W 2005 roku serwis został kupiony przez spółkę News Corp. za 580 milionów USD. Po dwóch latach wartość My Space wciąż szacowana była na czterokrotnie wyższą niż wartość Facebooka (wycenianego wtedy na 15 miliardów USD). Niestety później było już tylko gorzej. W 2011 roku Rupert Murdoch z News Corp. sprzedał My Space za 35 milionów USD, czyli za jedyne 6% kwoty, którą zapłacił za serwis sześć lat wcześniej.

Choć akcje Facebooka raczej nie będą dostępne dla inwestorów z Polski, debiut giełdowy serwisu odbije się echem również w nadwiślańskiej rzeczywistości, i to nie tylko tej wirtualnej. Jakiego rodzaju wpływu możemy się spodziewać? – Debiut Facebooka nie powinien mieć bezpośredniego przełożenia na polską giełdę – twierdzi Przemysław Pająk. To raczej media będą relacjonować i komentować sposób, w jaki serwis założony przez Marka Zuckerberga w celach randkowych, zamienia się w wielki giełdowy biznes. Właśnie na polu medialnym powinniśmy odczuć największe turbulencje związane z IPO Facebooka, bo ten debiut, bez względu na to czy bardzo udany, czy też mniej, spowoduje lawinę komentarzy i spekulacji medialnych na temat ewentualnej nowej giełdowej bańki Web 2.0. Będą to uzasadnione dywagacje, ponieważ wycena Facebooka opiewająca na 100 mld USD wydaje się dziś wręcz kosmicznie wielka zważywszy na to, jak relatywnie małym biznesem jest obecnie ten serwis. Ale mimo to, jeśli debiut Facebooka będzie udany – a wszystko na to wskazuje – to w najbliższym czasie powinniśmy być świadkami kolejnych debiutów giełdowych spółek z sektora Web 2.0, zapewne także na polskiej giełdzie. W ten pośredni sposób, giełdowy debiut Facebooka będzie miał wymiar globalny.

Wpływ na ostateczny sukces lub porażkę giełdową Facebooka będzie więc miało szereg powiązanych ze sobą czynników. I choć ilość akcji przeznaczonych dla inwestorów indywidualnych będzie ograniczona, to najprawdopodobniej właśnie oni odegrają kluczową rolę w nadchodzącym IPO. – Na przedgiełdowym rynku w Facebooka inwestują przede wszystkim instytucjonalni gracze: domy analityczne, czy bardzo bogaci rosyjscy inwestorzy (Digital Sky Technologies) –  twierdzi Przemysław Pająk. –  Jednak giełdowy debiut będzie testem przede wszystkim dla indywidualnych inwestorów. To ich entuzjazm związany z giełdowym debiutem Facebooka będzie decydował o nastrojach z nim związanych. Indywidualni inwestorzy są zarazem najbardziej podatni na ekstremalne reakcje – od hurraoptymizmu po paniczną wyprzedaż. To właśnie ten typ inwestora zadecyduje o nastrojach, jakie będą panowały przy debiucie serwisu Zuckerberga na giełdzie – konkluduje.

Ciasno na starcie

11bPolskiemu rynkowi społecznościowemu ciągle daleko do amerykańskiego. Największy portal w tym sektorze NK.pl na razie nie planuje debiutu na warszawskiej giełdzie. Nie ulega wątpliwości, że sukces portalu Zuckerberga spowodował wzrost zainteresowania zakładaniem własnych portali wśród młodych programistów. I choć pomysłów nie brakuje, wiele nowopowstałych społecznościówek szybko kończy swoją działalność, czy to z braku inwestorów, czy z braku użytkowników.

Przykładem może być portal MyGuidie założony w 2011 roku przez młodą programistkę Aleksandrę Sitarską. Portal miał zapewnić turystom i podróżnikom możliwość poznawania nowych miejsc w niestandardowy i bardziej spersonalizowany sposób. Użytkownik portalu wybierający się przykładowo do Warszawy, mógł wybrać jednego z zarejestrowanych w portalu przewodników i w jego towarzystwie poznawać miasto.  Program zwiedzania mógł obejmować najważniejsze zabytki miasta, ale równie dobrze najlepsze miejscowe knajpy i bary. Przyjeżdzający mógł wybrać na swojego przewodnika osobę w podobnym wieku lub o podobnych zainteresowaniach. Znany z innych serwisów system rekomendacji i recenzji miał gwarantować obu stronom bezpieczeństwo. Z czasem MyGuidie wprowadził też możliwość organizowania wydarzeń i zapraszania na nie innych użytkowników. Dzięki temu użytkownicy mogli znaleźć chętnych na mecz piłki nożnej lub wspólne wyjście na wystawę, zaprosić kogoś na egzotyczną kolację w swoim domu lub zorganizować kurs pieczenia ciasteczek.

Idea została szybko doceniona. Podczas Startup Weekendu w 2011 team Sitarskiej zajął trzecie miejsce, a pół roku później wygrał konkurs Pitch in Berlin, po którym pojawiła się szansa uzyskania funduszy od HackFWD (inkubator startupów z siedzibą w Niemczech). Zespołowi udało się również sprzedać 1% udziałów na aukcji allegro za 19300 zł. Gdyby na tej podstawie wycenić wartość projektu Sitarskiej, to sięgałaby 2 milionów PLN.

Mimo tej potencjalnie wysokiej wyceny, sukcesów w konkursach branżowych, pozytywnych ocen ekspertów i przychylnej relacji mediów, w kwietnie 2012 portal ogłosił zamknięcie. Jak tłumaczy w wywiadzie dla antyweb.pl Aleksandra Sitarska: – Główną przyczyną zamknięcia serwisu był fakt, że w ciągu prawie roku działalności udało nam się przetestować prawie każdą możliwą drogę zdobywania za równo klientów jak i Guidich, czyli osób oferujących usługi. Z tych eksperymentów dowiedziałyśmy się jednej rzeczy – w tym modelu jesteśmy bardzo podobne do Groupona. Bez wyłożenia gigantycznej ilości pieniędzy na sprzedaż i pozyskiwanie ofert, model nie działa. (…)To wszystko złożyło się na to, że dochodząc do roku działalności uznałyśmy, że wolimy poświęcać swój czas projektom, które rokują – dodaje.

Wpływ na zamknięcie serwisu Sitarskiej miało także doinwestowanie kwotą ponad miliona USD (jednym z inwestorów był Asthon Kutcher) konkurencyjnego serwisu Gidsy. Powstaje pytanie, co spowodowało, że Gidsy zyskał inwestorów, a MyGuidie nie? Trudno zauważyć różnicę między serwisami, zwłaszcza że MyGuidie szybko zrezygnowało z ograniczania się do kontaktowania turystów z przewodnikami miejskimi, i podobnie jak Gidsy skupiło się na wydarzeniach. Sitarska o konkurencji wypowiada się bardzo dobrze.  – Gidsy założyli bardzo mądrzy ludzie, mają dobry team, są w dobrym miejscu, jakim jest Berlin, mają ogromny funding i świetnych doradców jak CTO Amazona, z którym miałam okazję o tym porozmawiać w Monachium czy Ashton Kutcher – mówi Sitarska. Być może polskiemu portalowi zabrakło nie tyle wyczucia rynku i pomysłów, co doświadczenia w samym znajdywaniu i zdobywaniu inwestorów.

Lepiej od MyGuidie poradził sobie z fundraisingiem Filmaster, polski startup założony przez Borysa Musielaka i Adama Zielińskiego w 2009 roku. Serwis jest społecznościową platformą oceniania i polecania filmów. Nowi użytkownicy oceniają piętnaście filmów, przyznając im od jednej do dziesięciu gwiazdek. Na podstawie tych ocen, algorytm serwisu wyrabia sobie zdanie na temat gustów użytkownika i poleca mu filmy, które mogą mu się spodobać, a dzięki geolokalizacji aplikacja na telefon może polecić film w najbliższym kinie. Z czasem użytkownik ocenia kolejne filmy, zwiększając tym samym dokładność algorytmu , a serwis korzysta dodatkowo z gustu jego przyjaciół zapisanych do Filmastera. Warstwa społcznościowa serwisu pozwala na dzielenie się komentarzami i wspólne umawianie do kina.

Serwis początkowo uzyskał wsparcie od PARP (Polskiej Agencji Rozwoju Przedsiębiorczości) później jednak udało mu się zdobyć zagranicznego inwestora – w 2011 roku HackFWD doinwestował aplikację kwotą 191 tysięcy euro. Jak polskiemu startupowi udało się uzyskać te fundusze? „Lars Hinrichs twórca HackFwd, ma dość nietypowe podejście do inwestowania” czytamy na blogu Filmastera. „Stawia przede wszystkim na zespoły i pomysły, które wydają mu się ciekawe i innowacyjne, bez specjalnego przejmowania się modelem biznesowym. Wystarczy techniczny team i prototyp serwisu czy aplikacji. Lars zakłada, że dobry i zmotywowany team z pomysłem jest wart więcej niż pomysł na zarabianie. Opisując Filmastera dla HackFwd mówiliśmy, więc przede wszystkim o ciekawych rzeczach jakie możemy zrobić z naszym algorytmem rekomendacji i o nowych usługach jakie możemy zaoferować znając gusta filmowe naszych użytkowników. To, w połączeniu ze świetnym wynikiem w teście oraz udaną prezentacją zespołu zaważyło najprawdopodobniej o sukcesie.”

Portfele polskich inwestorów są zapewne mniej zasobne, ale przykład Filmastera pokazuje, że o ile startup myśli globalnie, to nie musi ograniczać do polskiego rynku i polskich inwestorów. Filmaster skorzystał z dodatkowego finansowania do wsparcia swojej ekspansji na rynki USA i Wielkiej Brytanii. Czas pokaże, jak polski serwis poradzi sobie z konkurencją.

Zuckerberg 2.0

Moda na startupy trwa w najlepsze, a zakładanie internetowych biznesów wielu przedsiębiorczym programistom wydaje się najprostszą drogą do fortuny. Na świecie i w Polsce coraz lepiej rozwija się infrastruktura inkubatorów i konkursów dla startupowców, a fenomenalny sukces młodego Marca Zuckerberga rozpala wyobraźnię wielu. I choć nie da się jednoznacznie stwierdzić dlaczego akurat Zuckerbergowi udało się odnieść tak wielki sukces, celna wydaje się sugestia Sama Gustina, który w artykule Why Facebook’s IPO Matters” (ang. Dlaczego IPO Facebooka jest ważne) dla „Time Business” podkreślał, że o sukcesie Facebooka przesądził w dużej mierze pozabiznesowy wymiar całego przedsięwzięcia. Facebook dokonał rewolucji Internetu społecznościowego, a zdaniem Gustina, IPO Facebooka to przede wszystkim oznaka, że sieć 2.0 osiągnęła swoją dojrzałość. „Rewolucja 1.0” uwolniła informację i zdemokratyzowała sieć poprzez umożliwienie internautom wpływu na jej zawartość. „Rewolucja 2.0” pozwoliła użytkownikom przejąć i spersonalizować fragmenty wirtualnej rzeczywistości, dając im nie tylko prawo głosu, ale opierając siłę tego głosu na jakości publikowanych treści. Facebook personalizując informacje zmienił Internet w taki sam sposób, jak przeglądarka Google, która przemieniła sieć z gigantycznego, lecz trudno dostępnego repozytorium informacji, w miejsce, w którym praktycznie każdą informację można mieć tu i teraz. Ten demokratyczny (bo dostęp do sieci jest w państwach demokratycznych swobodny) i merytokratyczny (bo wpływ jaki wywierają blogerzy i znaczące osobistości świata społecznościowego polega na sile ich pomysłów) charakter rewolucji 2.0 dopełnia jej wirusowa natura – prędkość i zasięg, z jakimi informacje podążają siecią społecznościową, wyprzedzają wielokrotnie wszystkie dawne sposoby komunikacji, takie jak telefony czy e-mail.

I właśnie podkreślając pozafinansowy aspekt IPO Facebooka, Zuckerberg w podobnym tonie zwraca się do przyszłych inwestorów pisząc: „Daliśmy ludziom możliwość dzielenia się, a teraz zaczynamy widzieć jak z niej korzystają. Ludzie wyrażają swoją opinię na większą skalę, niż to kiedykolwiek było możliwe. Liczba tych głosów będzie rosnąć. Nie można ich zignorować. Oczekujemy, że z czasem rządy staną się bardziej wrażliwe na troski i problemy bezpośrednio podnoszone przez wszystkich obywateli, a nie przez pośredniczące media kontrolowane przez wybraną garstkę ludzi. Wierzę, że doprowadzi to do wyłonienia się liderów we wszystkich krajach, liderów nastawionych pozytywnie do Internetu i walczących o prawa ich obywateli, w tym o prawo do dzielenia się czym chcą i o prawo dostępu do wszystkich informacji, jakimi chcą się z nimi dzielić inni.”

Sprytny marketing, apel zwiastuna nowych czasów czy mowa polityczna? Po części okaże się to już 18 maja. IPO Facebooka niewątpliwie wpłynie na cały Internet społecznościowy, choć trudno przewidzieć jakiego typu będą to zmiany. Rynek internetowy jest nieprzewidywalny. Nie istnieje recepta na sukces i mimo wsparcia mentorów i inwestorów nie sposób przewidzieć reakcji klientów na nowy produkt i zagwarantować skutecznej monetyzacji. Trudno jednoznacznie orzec, dlaczego  Filmaster zdobył inwestora, a MyGuidie nie. Może kluczową rolę odgrywa tu charyzma i zdolności marketingowe ekipy, może intuicja inwestorów, a może wizja towarzysząca przedsięwzięciu. Jedno jest pewne – światem wielkich portali społecznościowych rządzą te same prawa, co światem mniejszych. W obu przypadkach nagły sukces i spektakularna porażka są często największym zaskoczeniem dla samych twórców. W obu trwa zakulisowa walka o inwestorów i środki, które pozwolą rozwinąć portal. W obu nie istnieje monopol, a słowa takie jak „oryginalność” czy „innowacyjność” tracą znaczenie, gdyż nawet najlepiej rokujący projekt może szybko doczekać się swojej kopii, nierzadko skuteczniejszej od pierwowzoru.

Piotr Pawlik

admin

Komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *