Czy Polska ma patent na przyszłość?

21 patent

Skłodowska, Kopernik, Łukasiewicz, Kierbedź przewracają się w grobie. Nikt by na świecie nie słyszał o ich osiągnięciach, gdyby tworzyli w Polsce na początku XXI wieku. Prawa do wynalazków sprzątaliby im sprzed nosa koledzy z USA, Japonii i Niemiec. Z aktualnych statystyk patentowych wynika, że jesteśmy jednym z najgłupszych i najbardziej odtwórczych narodów na ziemi…

21a - patentJeszcze przed II wojną światową Polska zajmowała 5-6 miejsce w Europie pod względem liczby patentów. Dzisiaj wleczemy się na szarym końcu. Na całym świecie patentuje się około 1,6 miliona wynalazków rocznie, ale z Polski pochodzi zaledwie 0,003 procenta wynalazków opatentowanych w Europie. Czesi i Węgrzy mają sto razy więcej w ciągu roku – oblicza Andrzej Błaszczak z portalu wynalazki. mt.com.pl. – Na jednego Polaka przypada najmniejsza liczba międzynarodowych patentów w Europie – przekonuje światowej sławy genetyk, prof. Jan Lubiński, którego spółka Read-Gene zarejestrowała pięć zagranicznych patentów w dziedzinie genetyki nowotwórów. Prawdziwym problemem jest nie tyle nawet liczba (na poziomie lat 60. XX w.), co żenująca skuteczność polskich wniosków patentowych – przekonują specjaliści z firmy badawczej KPGM, która opublikowała we wrześniu raport pt. „Intelektualne złoto – znaczenie własności intelektualnej w gospodarce oraz w sektorze dóbr konsumpcyjnych”. W Europejskim Biurze Patentowym (EPO) akceptuje się średnio jeden patent na dwa lub trzy zgłoszenia, ale te z Polski jedno na pięć do sześciu zgłoszeń. Skuteczność polskich wniosków do puli europejskich znaków towarowych wynosi zaledwie 40 proc., gdy w starej UE – ponad 80 proc. Wszystkie polskie przedsiębiorstwa zgłaszają kilkanaście razy mniej patentów europejskich niż największe koncerny. Na przykład najbardziej aktywny Philips ma 17 razy więcej zgłoszeń niż cały nasz kraj, a dziesiąta na liście Toyota – 5 razy więcej! Jeszcze gorzej jest pod względem liczby przyznanych patentów. Z jedną tylko firmą Bosch przegrywamy w stosunku 36 do 1. Dlaczego? – Prawdopodobnie polskie firmy zgłaszają coś, co jest już chronione, albo wniosek odrzuca się z powodu niskiej jego jakości – ocenia Mariusz Strojny z KPMG. – Dystans, jaki dzieli polskie firmy do liderów w branży produkcyjnej w Europie, jest ogromny i trudno jest sobie wyobrazić, aby w najbliższych latach udało się go znacząco zmniejszyć – kwitują autorzy cytowanego raportu. Pół biedy, gdyby chodziło tylko o honor polskiej nauki, gorzej, że za pomocą statystyk w dziedzinie ochrony własności intelektualnej i przemysłowej mierzy się współcześnie poziom tzw. innowacyjności krajowych gospodarek, a ten przekłada się już nie tylko na prestiż, ale i na konkretne zyski.

Wynalazki mogą być kapitałem

Patent na popularną „empetrójkę” (format audio mp3) zarobił dla jego właścicieli około stu milionów euro rocznie. Bez skutecznej ochrony byłby tylko źródłem strat: według wyliczeń KPMG z powodu naruszeń własności intelektualnej polskie firmy tracą średnio 4 mln zł rocznie, a mowa tylko o znakach towarowych. Oprócz nich w bazie przedmiotów chronionych własności przemysłowej Urzędu Patentowego RP figurują też: międzynarodowe znaki towarowe (na mocy tzw. porozumienia madryckiego), wynalazki, wzory użytkowe, przemysłowe i zdobnicze, oznaczenia topograficzne, a nawet topografie układów scalonych. – Wynalazek bez patentu wart jest niewiele. Dla firmy patent to jego waluta – mówią przedsiębiorcy. – Stawka jest wysoka, bo znaki towarowe i patenty warte są często dziesiątki lub setki milionów złotych i bywają najcenniejszymi aktywami spółek w sektorze dóbr konsumpcyjnych – szacuje Tomasz Wiśniewski, szef jednego z projektów badawczych na temat polskiej wynalazczości. Na świecie kradnie się nie tylko rozwiązania i technologie, ale coraz częściej znaki towarowe, co bezpośrednio szkodzi marce. Tymczasem marki są głównym atutem każdej firmy oraz podstawą prowadzonej działalności. Aż dwie trzecie badanych polskich firm wytwarzających dobra konsumpcyjne deklarowało, że ma problem z podróbkami (podrabianie jest w Polsce przestępstwem ściganym z mocy prawa). Zbliżonej skali zjawisko dotyczy produktów podobnych (pod względem nazwy, opakowania, składu), jednak w ich przypadku właściciel znaku towarowego musi sam dochodzić roszczeń. Nic nie wskóra, jeśli nie zarejestrował patentu. Profesor Antoni Tajduś, rektor AGH w Krakowie wspomina, jak jeden z jego pracowników naukowych wymyślił oryginalne rozwiązanie w zakresie zimnej obróbki metali w hutnictwie. – Nikt się tym wynalazkiem w Polsce nie zainteresował, a uczelni nie było stać na to, żeby innowację chronić patentem. Po trzech latach identyczne rozwiązanie pojawiło się w Niemczech. Okazało się, że z wynalazku skorzystał nieodpłatnie jeden z niemieckich koncernów metalurgicznych – mówi prof. Tajduś i podaje przykład Uniwersytetu Stanfordzkiego w Kalifornii, który ma nie tylko światowy prestiż, ale znany jest w kręgach naukowych z tego, że ponosi wysokie ryzyko działalności innowacyjnej. Na sto patentów, tylko 2 lub 3 znajdą zastosowanie komercyjne, ale wtajemniczeni wiedzą, że tylko jedno wdrożenie może zarobić na całą resztę. Tymczasem polskie przepisy w tym względzie zakazują władzom uczelni „nadmiernego” ryzyka.

Rura, trole i Myszka Miki

Na niejasność i zagmatwanie prawa patentowego skarżą się w Polsce niemal wszyscy zainteresowani prócz pracowników Urzędu Patentowego RP i tysięcznej armii rzeczników patentowych: – Paradoks polega na tym, że skomplikowane, trudne i nieprzystępne przepisy to dla biurokracji patentowej podstawowa racja bytu i źródło nieustających dochodów – mówi proszący o anonimowość specjalista Regionalnego Ośrodka Informacji Patentowej na południu Polski. Dodaje, że problem jest uniwersalny: w Stanach Zjednoczonych eksperci patentowi za ciężkie pieniądze sprzedają biznesowi sążniste podręczniki, jak napisać wniosek w taki sposób, by „przemycić” rozwiązania, które zgodnie z duchem prawa nigdy nie mogłyby podlegać ochronie. Na świecie i w Polsce co rusz wypływają przykłady najbardziej absurdalnych wynalazków, którym – wskutek sprytu wnioskodawców lub dowolności czy błędów w ocenie – przyznano legalną ochronę. W polskich dużych przedsiębiorstwach państwowych od czasów PRL do perfekcji doprowadzono rodzimą odmianę hochsztaplerstwa, któremu w amerykańskich warunkach nadano nawet określenie „patentowej strategii Myszki Miki” (zbierać jak najwięcej formalnych praw-patentów i wciąż je przetwarzać i odnawiać, trzymając w szachu i zmuszając do słonych opłat każdego, kto dokonuje nowego wynalazku; rolę tzw. „troli patentowych” grają często największe korporacje, które stać na kosztowne utrzymywanie licencji „na wszystko”). W latach 90. w KGHM krążyło ironiczne powiedzenie, że nobliści to płotki w porównaniu do „wynalazców” miedziowego koncernu, którzy za swoje „osiągnięcia” dostawali znacznie więcej. Nagrody racjonalizatorskie szły w dziesiątki i setki milionów złotych i dziwnym trafem gwałtownie rosły pod koniec kadencji rad nadzorczych i zarządów, w których zasiadali przez przypadek posiadacze patentów. Najbardziej płodny w wynalazki był rok 1998, kiedy zarząd KGHM miał przeczucie, że może to być ostatni jego rok. Wypłacono ponad 47 mln zł, podczas gdy rok wcześniej – 14 mln zł. Później wprawdzie starano się uporządkować sytuację, ale prawa do wypłat za racjonalizację obowiązują przez kilka lat i nie sposób ich było zgodnie z prawem po prostu odebrać. Nawet, jeśli przysługiwały za – oczywiste dla każdego inżyniera – proste ułożenie rury, która przed ulepszeniem biegła… zygzakiem.

Gęstwina przepisów

W Polsce, gdzie po wojnie doskwierał wynalazcom brak jednolitych uregulowań patentowych, sytuację miała uzdrowić nowa ustawa Prawo własności przemysłowej, którą uchwalono w 2000 roku po sześciu latach prac w Sejmie. W ustawie tej własność przemysłowa zaliczana jest do własności intelektualnej, traktowana na równi z prawami autorskimi i prawami pokrewnymi. Prawo to nawiązuje do długiej tradycji zapoczątkowanej Konwencją paryską o ochronie własności przemysłowej z 1883 r. W intencji projektodawców ustawa uzgadnia też polskie przepisy ze zobowiązaniami podjętymi po przystąpieniu Polski do WTO (Światowa Organizacja Handlu) i harmonizuje normy prawa polskiego z prawem Unii Europejskiej. Wszystko to miało służyć potrzebom dynamicznie rozwijającej się gospodarki rynkowej (pasjonaci wynalazczości mawiają, że opisując perypetie patentów w epoce nowożytnej, można by jednocześnie napisać historię kapitalizmu.) W najnowszych badaniach Państwowa Agencja Rozwoju Przedsiębiorczości postanowiła spytać praktyków (biznesmenów sektora małych i średnich przedsiębiorstw) o najpoważniejsze bariery w uzyskaniu ochrony patentowej. – Koszty – odpowiedziało aż 72 proc. ankietowanych, ale na wszystkich kolejnych miejscach umieścili już przeszkody prawne i administracyjne (!): długoletni proces oczekiwania (67 proc.), skomplikowane procedury (aż 38 proc.), brak szkoleń (39 proc.), brak bezpłatnego doradztwa (36 proc.). Na domiar złego, blisko jedna trzecia badanych nie wierzy w skuteczność uzyskanej ochrony.

A po co nam innowacje?

Ocena wypadła miażdżąco dla administracji patentowej, ale i ona nie pozostała przedsiębiocom dłużna: rzecznicy patentowi, przedstawiciele firm szkoleniowych oraz badacze z PARP jednogłośnie stwierdzają, że 98 proc. polskich przedsiębiorców kompletnie nie interesuje się ani ochroną własności przemysłowej, ani uzyskaniem pomocy publicznej w tym zakresie (służy temu pilotowany przez PARP program operacyjny rozdziału funduszy UE Innowacyjna Gospodarka w tzw. działaniu 5.4). – Małe i średnie przedsiębiorstwa są w większości odtwórcze i nastawione raczej na technologie już sprawdzone, niż na własną innowacyjność – ocenia rzecznik PARP Monika Karwat-Bury. Obojętność polskiego biznesu sięga tak daleko, że ponad 75 proc. ankietowanych firm (badania KPMG) nie przeprowadzało i nie planuje w najbliższej przyszłości sporządzenia niezależnych wycen posiadanych własności intelektualnych. PARP podkreśla, że niski poziom innowacyjności polskiej gospodarki wiąże się z niskim poziomem finansowania badań. Pod względem nakładów na działalność badawczo-rozwojową Polska nie tylko pozostaje daleko poza wiodącymi państwami UE (Szwecja, Finlandia, Dania, Niemcy, Austria), lecz także wyraźnie odstaje od średniej dla całej Unii Europejskiej. Zdaniem ekspertów, obserwowane w Polsce obniżenie uzależnienia nakładów na „B+R” (badania i rozwój – przyp. red.) od wzrostu PKB to negatywne zjawisko. Odwrotne zmiany zachodzą w dynamicznie rozwijających się w tym obszarze Chinach i Republice Korei. Słabość polskiej i środkowoeuropejskiej polityki w dziedzinie innowacyjności gospodarki zauważył w zeszłym roku podczas wystąpienia w Krakowie sam Gerard Giroud, dyrektor EPO (Europejskiego Biura Patentowego, którego roczny budżet pochodzący z samych tylko opłat wnioskodawców sięga 1300 mln euro).

Hasła nie zastąpią pieniędzy

– Innowacyjna gospodarka popierana jest hasłowo, ale w Polsce nie robi się wiele, aby pomóc naukowcom w zdobyciu niezbędnych, międzynarodowych patentów – tłumaczy prof. Lubiński, genetyk i onkolog, którego firma Read Gene zadebiutowała niedawno w New Connect na Giełdzie Papierów Wartościowych i mimo kryzysu uzyskała świetne wyniki na akcjach: 60-70 procent przebicia. Ich cena wzrosła z 2,70 zł w chwili debiutu do 4,35 zł w pierwszej połowie maja. Za zdobyte na giełdzie pieniądze naukowcy wdrożą kolejne patenty i poprowadzą badania nad rakiem. Lubiński pracował w Pomorskiej Akademii Medycznej nad metodami pozwalającymi poznać ryzyko zachorowania na nowotwory na podstawie analizy kodu DNA. – Po latach zauważyłem, że niektóre nasze odkrycia mają wartość nie tylko krajową, ale i światową. Powinny więc być chronione międzynarodowym patentem. Przez trzy lata kosztuje on około 30 tysięcy złotych – wspomina profesor. PAM nie miała pieniędzy, więc naukowiec z kolegami postanowił założyć prywatną spółkę. Uczelnia za współpracę naukową dostanie 20 proc. zysków Read Gene, która jest firmą typu „spin off ” (w senacie akademii nikt prócz rektora nie rozumiał tej koncepcji zarządzania – wspominają założyciele RG). – Brak wiedzy na temat tego rodzaju przedsiębiorczości akademickiej to jedna z przeszkód w jej rozwoju w Polsce – uważa prof. Lubiński i dodaje, że w skali kraju przeznaczenie kilku milionów złotych na finansowanie patentów nie byłoby dużym wydatkiem. Państwo mogłoby płacić nawet 90 procent ich ceny.

Kryzys mądrego przywództwa

Gorącym zwolennikiem innowacji i ścisłej współpracy nauki i biznesu jest również Klemens Ścierski, były minister przemysłu i handlu, szef Elektrowni Łaziska, która już przed laty słynęła ze zjawiskowej w Polsce liczby zarejestrowanych patentów zagranicznych (w Łaziskach opracowano ponad pół tysiąca oryginalnych technologii, sto patentów uzyskano w 12 krajach świata). – Kto dzisiaj w Polsce wie, że innowacje rządzą światem, że ludzie innowacyjni poradzą sobie w każdych warunkach? – pyta retorycznie Ścierski. Jego zdaniem przyczyną żałosnego poziomu innowacyjności w kraju jest kryzys dobrego przywództwa w firmach. – Potrzeba nam wizjonerów, a nie biurokratów, którzy boją się bezustannych zmian w radach nadzorczych i u steru przedsiębiorstwa. Dobry menedżer toleruje ludzi niepokornych, ale inteligentych. Musimy zmienić sposób myślenia: w Polsce, w gospodarce, na Śląsku, a również w górnictwie. Postawić na właściwych ludzi, przywódców i menedżerów gotowych uwierzyć, że najważniejszy jest człowiek i jego głowa, a w niej dobre pomysły – podsumowuje Ścierski. – Dopiero ostatnio w kraju pojawiły się projekty, które mają pomagać w zdobyciu patentów – ocenia prof. Lubiński.

Trysnął strumień euro?

Czy państwo rzeczywiście zaczęło rozumieć swoją rolę we wspieraniu innowacyjności? Jednym z najnowszych przykładów może być program Ministra Nauki i Szkolnictwa Wyższego „Patent Plus – Wsparcie patentowania wynalazków”. Ma on na celu unowocześnienie transferu technologii z jednostek naukowych do gospodarki. Adresowany jest m.in. do uczelni, akademickich inkubatorów przedsiębiorczości, parków technologicznych, konsorcjów badawczo-rozwojowych i polskich fundacji, które dzięki pomocy państwa dostaną refundację kosztów przygotowania zgłoszeń w UPRP i w procedurze miedzynarodowej oraz darmową asystę rzecznika patentowego. Własny wkład określono na zaledwie 10 proc. kosztów. Inną z jaskółek może być porozumienie podpisane w lutym w obecności prezes UPRP, dr Alicji Adamczak, między Głównym Instytutem Górnictwa, Politechniką Śląską i Uniwersytetem Śląskim. – Sygnatariusze zawartego porozumienia to jednostki o ogromnym potencjale naukowym, które rocznie realizują kilkaset prac badawczych, w znaczącym procencie mających cechy innowacyjnych projektów wynalazczych. Podjęcie współpracy pomoże stworzyć środowisko sprzyjające rozwojowi innowacyjności w całym regionie – ocenia dr Adamczak. Rekordową sumę 721 milionów złotych rozdzieliła przed kilkoma dniami PARP między dwieście polskich firm w konkursie PIOG na dofinansowanie najlepszych zgłoszonych projektów badawczo rozwojowych. Wśród zwycięzców są tuzy gospodarcze, jak Polska Miedź (otrzymała prawie 40 mln zł), ale też liczne niewielkie, jednoosobowe przedsiębiorstwa, które we wnioskach wykazały się dobrymi pomysłami, do których dopłaci Unia Europejska. – Nasz pozycja w rankingach ochrony własności przemysłowej i intelektualnej nie wynika z tego, że jesteśmy głupim narodem – podkreśla genetyk prof. Lubiński. – Mamy ogromny potencjał, tylko brakuje nam systemu, aby zamienić go w konkretne osiągnięcia. I to chronione prawem.

Tekst: Witold Gałązka

admin

Komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *