Komu potrzebny Harvard ?

25 harwadr

Bezpłatne programy nauczania w Internecie, uniwersytety Wiki, społeczności uczące się na wzór Facebooka – amerykańskie szkolnictwo wyższe przechodzi wielkie zmiany.

Czy edukacja uczelniana faktycznie przypomina kwartet smyczkowy? Cofając się do roku 1966, tak właśnie brzmiało stwierdzenie ekonomisty Williama Bowena, późniejszego rektora Uniwersytetu Princeton i Williama Baumola. W inspirującej pracy Bowen i Baumol użyli tego porównania, aby pokazać, dlaczego uniwersytety nie są w stanie łatwo podnosić swojej wydajności.

Jeśli chce się poprawnie wykonać kwartet smyczkowy, zauważyli – nie da się usunąć wiolonczelisty, ani upchnąć większej liczby występów grając muzykę szybciej. Lecz tak to wyglądało wtedy – nim MP3 i iPody nie udowodniły, jak swobodnie może płynąć muzyka. Przed tym, jak Google przekształciło do postaci cyfrowej 7 milionów książek, a użytkownicy Wikipedii stworzyli największą na świecie encyklopedię. Przed tym, jak YouTube Edu i iTunes U nagrały w formie audio i wideo wykłady najlepszych profesorów w kraju dostępne za darmo i przed tym, jak studenci uniwersytetu stworzyli za pośrednictwem Facebooka największą na świecie społeczność zmieniając sposób, w jaki wszyscy dzielimy się informacjami. Naraz stało się możliwe wyobrażenie sobie nowego modelu kształcenia z wykorzystaniem zasobów internetowych, aby obsłużyć większą ilości studentów taniej, niż kiedykolwiek przedtem.

– Internet krzyżuje plany każdego przemysłu, którego bazowy produkt może zostać zredukowany do zer i jedynek – mówi Jose Ferreira, założyciel i dyrektor generalny Newton, firmy typu startup z branży edukacyjnej. Edukacja, jak stwierdza, „jest największym obszarem dziewiczej puszczy w Internecie.” Ferreira jest jednym z członków luźno związanej grupy architektów edukacji 2.0, ostrzących swoje piły na ten właśnie las. Pierwszy najazd miał miejsce w MIT w roku 2001, gdy uczelnia zgodziła się umieścić programy nauczania w sieci bez pobierania opłat. Dziś można mieć dostęp do pełnych syllabusów, notatek z wykładów, opisów ćwiczeń, testów oraz wybranych nagrań audio i wideo dla każdego kierunku studiów, jaki oferuje MIT – od fizyki do historii sztuki. Ta skarbnica wiedzy jak dotąd została odwiedzona przez 56 milionów obecnych i przyszłych studentów, absolwentów, profesorów i fotelowych entuzjastów na całym globie. – Pojawienie się Internetu stwarza możliwość rozpowszechniania materiałów wysokiej jakości po prawie zerowych kosztach, wyrównując tym samym szanse edukacyjne – mówi Cathy Casserly, starszy partner w Fundacji na Rzecz Rozwoju Nauczania Carnegie, która na swoim poprzednim stanowisku pracy w Fundacji Hewlett rozdysponowywała fundusze inwestycyjne na projekt MIT. – Zmieniamy kulturę myślenia o wiedzy i tym, jak powinna być udostępniana i kim są jej właściciele.

Lecz szkolnictwo wyższe jako całość generalnie pozostaje kwartetem smyczkowym. Materiały dydaktyczne MIT mogą być bezpłatne, lecz dyplom w MIT ciągle kosztuje od 189 tysięcy dolarów wzwyż. Czesne poszło w górę bardziej niż jakiekolwiek inne dobra, czy usługi od 1990 roku, a amerykańscy studenci i absolwenci są obciążeni zawrotną sumą 714 miliardów dolarów zaległego długu od kredytów studenckich. Kiedyś najlepiej wykształcony kraj świata – Stany Zjednoczone, dziś w rankingach zajmuje 10 miejsce w skali globu pod względem odsetka młodych ludzi z wykształceniem pomaturalnym. – Wyższe uczelnie stały się oburzająco drogie, lecz ciągle istnieje powszechna odmowa przyznania tego, jakie są implikacje nowych technologii – mówi Jim Groom, „technolog edukacyjny” na Uniwersytecie Mary Washington w Wirginii i znaczący głos w blogosferze, opowiadający się po prostu za wysadzeniem w powietrze obecnego modelu uniwersytetu. Groom, nałogowy palacz, z wiecznym pięciodniowym zarostem, ukuł termin „edupunk” w celu opisania rozrastającego się ruchu w kierunku zaawansowanego technologicznie kształcenia w stylu „zrób to sam”. „Edupunk” stwierdza w pierwszych słowach swojego emaila, „ruch odnosi się do kompletnej nieodpowiedzialności i letargu instytucji edukacyjnych i środków, poprzez które pożerają one swoją własną misję.”

Edupunki są w drodze. Od wspomaganych kapitałami inwestycyjnymi firm typu startup do porośniętych bluszczem murów Harvardu nowe eksperymenty i modele biznesowe wyrastają jak grzyby po deszczu jako pomysły przedsiębiorców, profesorów i studentów. Chcesz zajęć o strukturze przypominającej grę fabularną? Akredytowanego licencjatu za kilka tysięcy dolarów? Bezpłatnego uniwersytetu Wiki w sieci peer-to-peer? Wszystkie one istnieją już dziś, są uwerturą do totalnego edukacyjnego remixu.

Architekci edukacji 2.0 przewidują, że tradycyjne uniwersytety, które trzymają się kurczowo modelu kwartetu smyczkowego, znajdą się po gorszej stronie tej całej historii, wraz z sieciami sprzedaży gazet i sklepami muzycznymi. „Jeśli nie znajdą woli do tego by wprowadzać innowacje i adaptować się do zmian zachodzących w świecie wokół nich,” napisał profesor David Wiley z Uniwersytetu Brighama Younga, „staną się instytucjami bez znaczenia do 2020 roku.”

Wiley nie od razu się pojawił jako wichrzyciel. Jest 37-letnim wiernym Kościoła Jezusa Chrystusa Świętych w Dniach Ostatnich z piątką dzieci. Ma krótko przycięte siwe włosy, okulary i mówi łagodnie z zachodniowirgińskim akcentem. Ze swej łagodności robi jednak strategiczny użytek, jako generał stojący na czele transformacji szkolnictwa wyższego. Wyzwaniem nie jest wprowadzenie technologii do sal lekcyjnych, jak zauważa. Pokolenie milenium (zwane także Generacją Y), ze swoimi Facebookami i ich telefonami komórkowymi, już to zrobiło. Wyzwaniem jest ujarzmienie potencjału, jaki niesie technologia, tak by obniżyć koszty i poprawić jakość kształcenia dla wszystkich.

Wiley eksperymentował z wolnymi treściami edukacyjnymi i narzędziami od zarania Internetu. Już jako student niższych lat na uczelni został zatrudniony jako pierwszy webmaster swojej małej, ubogiej w środki i zasoby alma mater – Uniwersytetu Marshalla w Zachodniej Wirginii.

– Pracowałem nad stworzeniem kalkulatora w JavaScript na potrzeby strony internetowej, gdy przyszło mi do głowy, że ten kalkulator, w odróżnieniu od tego w naszej podstawówce, może być używany przez 100 000 ludzi w tym samym czasie – wspomina.

– Gdy umieści się materiały w sieci, są one inne w ten właśnie szczególny sposób; można zapłacić za ich wytworzenie raz, a mogą być używane przez nieskończoną liczbę ludzi. To wydawało się być czymś pomiędzy ogromną fascynacją a refleksją, która pozwala stwierdzić, że ma sens spędzenia reszty życia pracując nad tym projektem.

W 1998 roku, gdy Wiley przyjechał do Brigham Young robić doktorat z psychologii i technologii kształcenia, dowiedział się o wolnym oprogramowaniu i systemach operacyjnych, takich jak Linux, które są tworzone dzięki współpracy i udostępniane za darmo. –Stwierdziłem: „Hej, przecież to jest dokładnie to, co należy zrobić z materiałami edukacyjnymi. Niech się to nazywa wolna dokumentacja (open content).”

Dziś „wolna dokumentacja” jest największym frontem innowacji w szkolnictwie wyższym. Ruch, który rozpoczął się w MIT, rozpowszechnił się wśród ponad 200 instytucji w 32 krajach, które umieściły w sieci swoje programy kształcenia w ramach OpenCourseWare Consortium (Konsorcjum Wolnych Treści Nauczania). Lecz, na co zwraca uwagę Wiley, ciągle istnieje przepaść pomiędzy przeglądaniem takich zasobów jako zadania domowego i budowaniem uznanego, akredytowanego dyplomu z garści podcastów i klipów wideo na YouTube. – Dlaczego jest tak, że mój dzieciak nie może zrobić robotyki w Carnegie Mellon, algebry liniowej w MIT, prawa w Stanford? I dlaczego nie możemy poskładać 130 takich kursów razem i zrobić z tego dyplomu? – pyta Wiley. – Wszystkie te innowacje czekają na to, by zaistnieć. Odpowiednia infrastruktura swobodnie dostępnych treści jest pierwszym krokiem w znacznie dłuższej rozgrywce, która zmieni wszystko, co wiemy na temat szkolnictwa wyższego.

Wiley dąży do tej rozgrywki na wiele różnych sposobów. Został współzałożycielem internetowej publicznej szkoły średniej typu non-profit, która czerpie z wolnych programów kształcenia, pozwalając studentom z Utah ukończyć studia w domu. Wiley jest „głównym przedstawicielem ds. otwartości” w firmie for-profit typu startup, Flat World Knowledge, zlecającej profesorom pisanie wolnych podręczników, które są dostępne bezpłatnie w Internecie, kosztują 19,95 dolarów za pobranie, lub 29,95 dolarów za kopię wydrukowaną na życzenie (finanse firmy Flat World zamknęły się sumą 8 milionów dolarów w funduszach typu joint venture wiosną tego roku). Wiley zaoferował również pięć z jego programów nauczania dla każdego w Internecie za darmo; poświęca swój własny czas, aby przejrzeć prace studentów, przyznając podpisany certyfikat zamiast zaliczenia. Najnowszy wolny program nauczania Wileya został pomyślany jako sieciowa gra fabularna ze studentami podzielonymi na „cechy” kończącymi „misje” – wspólnota uczących się, zainspirowana przez świat grających w sieci. – Jeśli nie byłaby potrzebna interakcja z człowiekiem i ktoś, kto odpowiada na twoje pytania, wtedy biblioteki nigdy nie wyewoluowałyby w uniwersytety – twierdzi Wiley. – Wszyscy zdajemy sobie sprawę z tego, że treść to dopiero pierwszy krok.

„Wolne programy kształcenia są trudne dla osoby uczącej się samodzielnie”, zgadza się Neeru Paharia, doktorantka w Harvard Business School. Budowanie społeczności, aby uczynić to łatwiejszym, jest celem jej nowego projektu – Peer2Peer University. Córka dwóch indyjskich inżynierów z Doliny Krzemowej, Paharia jest byłą konsultantką firmy McKinsey i jedną z pierwszych pracowniczek Creative Commons, firmy typu non-profit, założonej, aby stworzyć intelektualne i prawne podstawy dzielenia się programami edukacyjnymi i łączenia ze sobą ich treści bez udziału kosztów i biurokracji związanych z komercyjnymi prawami autorskimi. W 2005 roku założyła AcaWiki, luźno powiązany zespół zasilany przez wolontariuszy (craudsourced) zajmujących się bezpłatnymi streszczeniami publikacji naukowych. Teraz, jak mówi, chce zająć się „wszystkimi innymi sprawami, które uniwersytety robią dla ciebie: zapewniają tobie jasną ścieżkę od A do B, zapewniają społeczną infrastrukturę nauczycieli i studentów i akredytację tak, że faktycznie dostaje się zaliczenie tego, co się robi. Tak więc pytanie brzmi następująco: Czy jest sposób posklejania czegoś takiego w jedną całość?”

Na konferencji w Chorwacji w ubiegłym roku, Paharia spotkała Jan Philippa Schmidta, niemieckiego informatyka pracującego nad wolnymi programami edukacyjnymi w Południowej Afryce; razem z jeszcze jednym Kanadyjczykiem i Australijczykiem założyli Peer2Peer University, który stał się jedną z najczęściej przywoływanych inicjatyw w wolnej edukacji. Przyszli studenci mogą korzystać z tej witryny internetowej, aby zwoływać się i układać harmonogram zajęć, spotykać się w Internecie i dawać sobie nawzajem korepetycje; wolontariusz wspomagający postęp pracy nad materiałem dla każdego programu ułatwia ten proces. Firma Peer2Peer dostała 70 tysięcy dolarów w postaci grantu z Hewlett Foundation na rozpoczęcie swoich pierwszych dziesięciu kursów pilotażowych o tematyce od ekonomii behawioralnej do wizualizacji Wikipedii – obszary programów kształcenia, które już posiadają internetowe społeczności zmotywowanych studentów.

Pomysł Paharia „posklejania” edukacji – poskładania czegoś w całość na poczekaniu – jest ważny. Wszystkie te projekty są w dalszym ciągu w trakcie realizacji. Nawet najbardziej rozmarzeni maniacy technologii nie twierdzą, że monitor LCD może lub powinien zastąpić w pełni usystematyzowane doświadczenie studiowania na uczelni, jakie jest obecnie dostępne (przynajmniej jeszcze nie). Lecz mogłoby to przedstawiać sobą ulepszenie dla tych, których nie stać na uczelnię, lub dla połowy amerykańskich studentów, którzy uczęszczają na uczelnie publiczne przygotowujące do uzyskania licencjatu (community collage), lub nawet 80 % tych, którzy uczęszczają na uczelnie państwowe nie dokonujące selekcji wstępnej (non-selective universities).

To, co docelowo interesuje Paharia, to dowiedzenie słuszności tego modelu, zademonstrowanie, że jest sposób na zapewnienie edukacji tanio lub nawet bezpłatnie wszystkim, którzy się do tego kwalifikują. – Jeżdżę bostońską linią T, widzę te wszystkie reklamy szkół i niepokoi mnie to, że tak wiele nadziei opiera się na posiadaniu wykształcenia i wciąż w ostatecznym rozrachunku kończysz ze 100 000 dolarów długu. Za co się płaci? I czy to jest najlepszy sposób tworzenia systemu?

Firma Peer2Peer nie jest jedyną próbą przerzucenia mostu nad przepaścią pomiędzy wolnymi materiałami a tanią edukacją. Internetowy University of the People, założony przez Shai Reshefa, który zbił swój majątek na edukacji typu forprofit zamknął zapisy na swoje pierwsze zajęcia tej jesieni – 300 studentów z prawie 100 krajów. Chociaż musi jeszcze otrzymać akredytację, plany oferowania licencjatu z biznesu i informatyki, jako edukacji typu non-profit, zakładają wykorzystanie wolnych treści programowych i wykładowców ochotników; opłaty sumowałyby się na poziomie 4 000 dolarów za pełne cztery lata nauki.

Richard Ludlov, 23-letni absolwent Yale ma swój własny pomysł na temat opłacalnego modelu biznesowego dla zasobów wolnych treści edukacyjnych. Jego firma typu startup Academic Earth, założona jako firma typu for-profit jest witryną internetową, która zbiera w całość wykłady w formie wideo i inne treści uczelniane z różnych źródeł. Jako student licencjatu, szukający pomocy w dogłębnym zrozumieniu trudnego zagadnienia ze swoich zajęć z algebry liniowej, natknął się na wolne programy kształcenia z MIT. Zdał sobie sprawę, że można tam znaleźć naprawdę superzasoby edukacyjne i że większość jego kolegów ze studiów nie wie o nich. – Moim pomysłem było, po pierwsze, zgromadzenie tej ogromnej masy krytycznej treści rozproszonych po różnych stronach; po drugie, zastosowanie najlepszych znanych doświadczeń w projektowaniu interfejsu użytkownika i w standardach sieciowych, aby zrobić dla treści edukacyjnych to, co dla TV zrobił Hulu; po trzecie zbudowanie edukacyjnego ekosystemu wokół tych treści – wyjaśnia Ludlov. – Odtwarzanie wideo to jedna rzecz, lecz tworzenie odpowiednich interaktywnych narzędzi i odpowiedniego systemu komentarzy da początek czemuś naprawdę wartościowemu.

Porównanie z Hulu robi wrażenie. Gdy popatrzeć na branże w przemyśle rozrywkowym i informacyjnym, które padły pod czarem roztaczanym przez Internet, widzimy, że transformacja zaszła nierównomiernie: gazety przed telewizją, muzyka przed książkami. Hulu.com, który wystartował zaledwie 18 miesięcy temu, jest powszechnie uważany za pierwszą witrynę w sieci, która udowodniła, że masowe oglądanie nadawanej telewizji, jakie znamy, jest w stanie przenieść się do Internetu. Hulu dokonało tego przez swą atrakcyjność, dobre zaprojektowanie, łatwość w użytkowaniu oraz przez posiadanie rentownego modelu biznesowego z faktycznie płacącymi reklamodawcami i w niedługim czasie abonamentami.

– Mówimy o dzieleniu dochodów z wieloma uniwersytetami – mówi Ludlov. – Większość z tych programów posiada licencję niekomercyjną, lecz wraz z obniżającymi się dotacjami uniwersytety muszą być selektywne, w związku z tym, co finansują. Staramy się znaleźć sposób, aby uczynić to rentownym przez generowanie przychodów i upewnianie się, czy jest to zgodne z marką uniwersytetu.

Jeśli wolne treści edukacyjne dotyczą zastosowania technologii do dzielenia się wiedzą, a Peer2Peer dotyczy społeczności sieciowych na rzecz uczenia się i nauczania – Bob Mendenhall, rektor internetowego Western Governors University jest najbardziej dumny z innowacji jego uczelni w trzecim, najtrudniejszym do zgryzienia wymiarze edukacji: akredytacji i ocenie. WGU został utworzony w późnych latach 90. ubiegłego stulecia, gdy gubernatorzy 19 zachodnich Stanów USA postanowili wykorzystać nowomodny wtedy Internet i stworzyć internetowy uniwersytet, aby rozszerzyć swój zasięg na studentów z obszarów wiejskich w ich regionie. Dziś jest to w całości internetowy uniwersytet z 12 000 studentów we wszystkich 50 stanach. Jest jednostką prywatną typu non-profit, tak jak Harvard; jedyne państwowe pieniądze stanowiło po 100 000 dolarów udziału z każdego ze stanów założycielskich. WGU działa całkowicie w oparciu o czesne: 2890 dolarów za 6-miesięczny semestr.

– Powiedzieliśmy sobie „Stwórzmy uniwersytet, który rzeczywiście parametryzuje uczenie się” – mówi Mendenhall. – Nie mamy godzin zaliczeniowych, nie mamy stopni. Mamy po prostu serie ewaluacji, które mierzą kompetencje i na tej podstawie nadajemy dyplomy.

WGU rozpoczęło od zwołania narodowej rady doradczej pracodawców, włączając w to Google i Tenet Healthcare. – Zapytaliśmy ich, „Czego nie umieją absolwenci, których zatrudniacie, a co chcielibyście, by umieli?’ Po tym pytaniu nigdy nie zapadała cisza.

Następnie zostały stworzone systemy ewaluacji, aby mierzyć każdy ze wspomnianych obszarów kompetencji. Mendenhall przypomina sobie jednego ze studentów, który pracował na własny rachunek w branży IT przez 15 lat, lecz nigdy nie zrobił dyplomu; przeszedł wszystkie ewaluacje w sześć miesięcy i wrócił do domu z dyplomem bez odbywania studiów.

Większość studentów przechodzi jednak pełny cykl kształcenia, pracując w swoim własnym tempie poprzez internetowe moduły, playlisty uprzednio nagranych wykładów, listy lektur, projekty i sprawdziany. Na każdych 80 studentów przypada jeden wykładowca z tytułem doktora i dyplomem w danej dziedzinie, służący jako pełnoetatowy mentor. – Nasi wykładowcy są tu po to, aby prowadzić, kierować, doradzać, dawać wskazówki, zachęcać, motywować, pomagać nadążyć ze wszystkim i to cała praca – mówi Mendenhall. Testy wielokrotnego wyboru są sumowane przez komputer, natomiast eseje i osobiste ewaluacje są oceniane przez oddzielną kadrę oceniających. To, co robi WGU, to korzystanie z Internetu do rozdzielenia różnych funkcji nauczania: „mędrca na scenie”, jako osoby przekazującej wiedzę, pomocnika i oceniającego. WGU stale przygląda się zarówno absolwentom, jak i ich pracodawcom, aby dowiedzieć się, czy studentom nie brakuje jakiejś umiejętności, tak by można było kontynuować dostrajanie ich programów nauczania.

25a harwadr Mendenhall irytuje się, gdy słyszy tych, którzy twierdzą, że to, co on robi z edukacją i technologią jest niewykonalne. – Technologia zmieniła produktywność każdej gałęzi przemysłu oprócz edukacji – mówi. – My po prostu próbujemy pokazać, że jest ona w stanie zrobić to również z edukacją – jeśli zmieni się sposób, w jaki odbywa się samo kształcenie, nie stając się tym, gdzie po prostu dorzuca się technologię na końcu.

Jak dotąd ruch wolnej edukacji był wspierany w zdumiewającej mierze przez pojedynczego darczyńcę: Hewlett Foundation przekazała równowartość 68 milionów dolarów w grantach na inicjatywy w Berkley, Carnegie Mellon, MIT, Rice, Stanford i Tufts. Dziś te dotacje maleją, lecz pojawiają się nowe źródła finansowania. Prezydent Barack Obama przeznaczył 100 miliardów dolarów jako bodziec dla edukacji na wszystkich szczeblach, a ostatnio mianował wybitnego orędownika wolnej edukacji podsekretarzem do spraw edukacji (Martha Kanter, która pomogła uruchomić składające się ze 100 członków Konsorcjum Uczelni Społecznych – Community Collage – na rzecz Wolnej Edukacji i Projekt Wolnego Podręcznika Uczelni Społecznych). Równocześnie zespoły, takie jak FlatWorld i Knewton, przyciągają kapitał inwestycyjny. Pani Casserly z Carnegie Foundation pomaga istniejącym projektom wolnych programów nauczania stworzyć metryki, które pokazują ich wartość dla uniwersytetów. – Trzeba wykombinować modele dla tych wszystkich zagadnień – mówi. – Gdyby to były proste sprawy, nie byłyby tak zabawnym wyzwaniem.

Ta transformacja edukacji może stać się faktem szybciej niż nam się wydaje. Jakkolwiek futurystyczne może się to wydawać to, z czym przyszło nam żyć, jest echem wcześniejszej historii uniwersytetu. Uniwersytet nie oznacza miasteczka uniwersyteckiego, zajęć czy konkretnej dziedziny wiedzy; oznacza cech – grupę ludzi zjednoczonych przez naukę. Uniwersytet taki jaki znamy narodził się około roku 1100, wraz z uformowaniem się wspólnot w Bolonii we Włoszech, w Oxfordzie w Anglii i w Paryżu wokół rzadkiej i cennej technologii informacyjnej – ręcznie pisanej książki. Ilustrowane manuskrypty tego okresu pokazują profesora na podium, nauczającego z szacownego tomu, podczas gdy rzędy studentów siedzą z papierem i piórem – te same podstawowe ramy, w jakich odbywają się zajęcia 1000 lat później.

Dziś przeszliśmy od rzadkości do niewyobrażalnej obfitości. To zwykła kolej rzeczy, że te nowe gwałtownie rozwijające się technologie informacyjne będą zbierać wokół siebie nowe wspólnoty uczonych, zarówno w ramach, jak i poza istniejącymi instytucjami. Model edukacji jako kwartetu smyczkowego jest jednak na dłuższą metę nie do utrzymania. Uniwersytet przyszłości nie może być daleko.

Tekst: Anya Kamenetz
Tłum. Tomasz Siobowicz

 

admin

Komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *