Poczta jest nie tylko mailowa

1 FortunaDla wielu osób, także dla mnie, pojęcie poczty jest tożsame z pocztą elektroniczną. Jest jednak jeszcze coś takiego, jak tradycyjna poczta. U nas to Poczta Polska. Przyznam, że dostaję gęsiej skórki na samą myśl o wizycie w placówce tejże instytucji, bo albo muszę odebrać jakiś list polecony, albo i sam takowy wysłać. Każda taka wizyta to strata kilkunastu, a nawet kilkudziesięciu minut. Nie lepiej było ostatnim razem. Urząd pocztowy w Katowicach przy placu Młodzieży Powstańczej. Osiem okienek, ale pracują tylko dwa. W każdej z kolejek po kilkanaście osób. Cóż się dziwić, jest godz. 15.30. Na zewnątrz 30 stopni °C, w środku niewiele mniej, akurat mamy wakacje.

Muszę wysłać list do firmy z siedzibą w Sosnowcu. Cała operacja sprowadza się właściwie do zakupu znaczka pocztowego, ale swoje trzeba odstać. Znajomy, który pracuje na Poczcie, uświadomił mnie, że tak musi być, bo Poczta to firma państwowa. Co wybory staje się łupem politycznym. To dlatego administracja Poczty ma się dobrze. Restrukturyzacja zatrudnienia zwykle dotyka tych fizycznych, a zatem Pań z okienek wciąż ubywa. Z rozrzewnieniem wspominam czasy – dawno, dawno temu – kiedy znaczek pocztowy można było kupić w każdym kiosku. Nie wiem dlaczego, ale kioskarzom przestało opłacać się handlować znaczkami, może z wyjątkiem miejscowości turystycznych, gdzie w sezonie jest duży popyt na kartki pocztowe. A zatem swoje muszę odstać, tym bardziej, że chcę wysłać „priorytet”. Mówienie o znaczku w liczbie pojedynczej bywa często symboliczne. Pamiętam, że pewnego razu list zamiejscowy musiałem oblepić co najmniej ośmioma znaczkami, bo akurat nominały nie odpowiadały wartości przesyłki. Każdy znaczek musi być obowiązkowo ostemplowany. Wiadomo, znaczek kocha stempel. Może, gdybym był filatelistą, doceniłbym walory stempla, a że nie jestem, wciąż dziwi mnie, z jaką ekspresją panie podbijają znaczki. Cóż się dziwić, że Panie na poczcie z takim zaangażowaniem pieczętują znaczki, skoro my Polacy, jak mało który naród, kochamy pieczątki. Ponoć są one schedą po carskiej Rosji. Sam musiałem sobie wyrobić pieczątkę, żeby wydać czasopismo, które mój drogi Czytelniku trzymasz w rękach.

Czasami zastanawiam się, czy ustawie o elektronicznym podpisie nie powinna towarzyszyć ustawa o elektronicznej pieczątce. Powróćmy jednak do kolejki. Przede mną jeszcze tylko dwie kobiety. Starsza z nich wyciąga z torebki cały plik rachunków. W kolejkach pocztowych zwykle uświadamiam sobie, że Internet to wciąż narzędzie młodszych pokoleń. Większość emerytów, nawet, jeśli zdarza się im od czasu do czasu przejrzeć jakąś stronę www, nie ma zaufania do erachunków. Boją się o swoje „małe co nieco”, mimo że podczas wyprawy na Pocztę prawdopodobieństwo kradzieży pieniędzy jest zdecydowanie większe. Nie wspomnę już, że opłata za każdy rachunek w okienku pocztowym kosztuje kilka złotych. Tymczasem przelew z erachunku zwykle nic nie kosztuje. Kolej na młodszą. O zgrozo, Pani wyciąga dwie siatki korespondencji służbowej, a wraz z nimi pocztową książkę nadawczą. Gdy Pani w okienku zakończyła już stemplowanie znaczków, rozpoczęła odręczne wypisywanie numerów nadawczych. Zawsze zastanawiałem się, do czego służy taka książka. Koleżanka, która pracuje w administracji jednej z firm, wytłumaczyła mi, że to zwykła ewidencja korespondencji pocztowej, na podstawie której Poczta wystawia fakturę zbiorczą. Wciąż nie mogę się nadziwić, że w XXI wieku ewidencja korespondencji odbywa się w tak prastary sposób. Myślę, że armia administracyjna Poczty Polskiej jest już bliska wprowadzenia jakiegoś innowacyjnego rozwiązania tego problemu. O ile dla kogoś jest to problem. Wreszcie po około trzydziestu minutach jestem przy okienku. Poszło szybko. Gorzej z listem. Zgadnijcie, ile czasu mój priorytet szedł do Sosnowca (dla mniej zorientowanych – Katowice bezpośrednio graniczą z Sosnowcem, kiedyś była to granica zaborów rosyjskiego i pruskiego)? Jedenaście dni! Przepraszam za kolokwializm, ale słowo „szedł” w tej sytuacji najlepiej pasuje.

Pocztowe kolejki uświadamiają mi, że Polska to wciąż mało nowoczesny kraj. Ostatni raport Economist Intelligence Unit pokazuje dobitnie, że w rankingu innowacyjności błąkamy się na szarym końcu. Może to się kiedyś zmieni? Może… w 2030 roku.

admin

Komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *