Polacy na najmroźniejszych szczytach świata

11 polacy na najmrozniejszych

Temperatura odczuwalna minus 50 stopni Celsjusza, wiatr wiejący z prędkością od 80 nawet do 120 km/h, minimalna ilość tlenu i zupełne osamotnienie – w takich warunkach najlepsi himalaiści walczą o pierwsze zimowe wejścia na ośmiotysięczniki w najbardziej nieprzyjaznych górach świata – Karakorum. Uzbrojeni są nie tylko w odwagę, doświadczenie i umiejętności, ale także w najnowsze technologie odzieżowe, bez których jeszcze kilkanaście lat temu o zdobyciu tych szczytów zimą można było tylko pomarzyć.

Pierwszy raz w Karakorum

9 marca 2012 roku, około godziny 08:30 czasu lokalnego Adam Bielecki i Janusz Gołąb dokonali pierwszego zimowego wejścia na Gasherbrum I w Karakorum. Mierzący 8068 m n.p.m. szczyt był wcześniej celem wielu ataków, jednak dopiero Polacy odnieśli sukces. I nie był on przypadkiem, lecz wynikiem pokoleniowych doświadczeń, umiejętności samych himalaistów, a także doskonałego przygotowania pod względem sprzętu.

Położone na pograniczu Indii, Pakistanu i Chin Karakorum są zaraz po Himalajach najwyższym łańcuchem górskim na ziemi. To właśnie tu znajduje się wciąż jeszcze nie zdobyty zimą, osławiony szczyt K2 (8611 m n.p.m.), a także Broad Peak (8407 m n.p.m.), Gasherbrum I oraz Gasherbrum II (8035 m n.p.m.).

Góry Karakorum słyną z najtrudniejszych pogodowych warunków zimowych, gdyż łańcuch górski jest znacznie bardziej wysunięty na północ niż Himalaje. Powyżej wysokości 7000 metrów temperatury powietrza oscylują średnio w granicach -45 stopni Celsjusza, jednak głównym problemem są silne huraganowe wiatry, które wieją ze średnią prędkością 120km/h. Właśnie w efekcie splotu tych dwóch zjawisk, odczuwalna temperatura może sięgać nawet -70 stopni Celsjusza, co w przypadku nieodpowiednio przygotowanej osoby może doprowadzić do odmrożenia w ciągu zaledwie kilku minut.

O tym jak ciężkie warunki panują w tych górach może świadczyć to, że spośród kilkunastu wypraw zimowych, które się odbyły na szczyty Karakorum, zaledwie dwie z nich zakończyły się sukcesem.

W lutym 2011 roku Simone Moro, Denis Urubko i Corey Richards dokonali pierwszego zimowego wejścia na Gasherbrum II (8036 m n.p.m.), stając się jednocześnie pierwszymi wspinaczami w historii, którym udało się zdobyć zimą jeden z ośmiotysięczników w Karakorum.

Nieco ponad rok później, w marcu 2012 sukces odnieśli polscy wspinacze – 28-letni Adam Bielecki i 43-letni Janusz Gołąb. Wyprawa odbyła się w ramach programu Polski Himalaizm Zimowy 2010-2015, kierownikiem bazy była Agnieszka Bielecka, a kierownikiem wyprawy Artur Hajzer. Adam i Janusz zdobyli Gasherbrum I bez użycia tlenu, wchodząc na szczyt od strony północno-zachodniej, przez tzw. „Kuluar Japoński”.

Obu wejść dokonano w ciągu ostatnich dwóch lat, właśnie dlatego, że dopiero teraz okazało się to możliwe. Zdobycie tych szczytów zimą nie mogłoby się wydarzyć, gdyby nie zupełnie nowa taktyka wspinania, wyspecjalizowany sprzęt i najnowsza technologia.

Polski pomysł i polskie sukcesy

Sukces Polaków wpisuje się we wspaniałą przeszłość polskiego himalaizmu zimowego. To właśnie Polacy dokonali większości pierwszych zimowych wejść na ośmiotysięczniki i to właśnie oni byli pomysłodawcami idei himalaizmu zimowego, który wcześniej niewielu wspinaczom mieścił się w głowie.

Za ojca pomysłu zdobywania najwyższych szczytów zimą uznaje się Andrzeja Zawadę, który w 1980 roku był kierownikiem narodowej wyprawy, której celem było pierwsze zimowe wejście na najwyższy szczyt świata – Mount Everest (8848 m n.p.m.). Na szczyt weszli wtedy Krzysztof Wielicki i Leszek Cichy. Tak zaczęła się ta imponująca historia, w której Polacy długo nie mieli sobie równych.

W 1984 roku Maciej Berbeka i Ryszard Gajewski zdobyli zimą Manaslu (8156 m n.p.m.). W 1985 roku Andrzej Czok i Jerzy Kukuczka weszli na Dhaulagiri (8167 m n.p.m.). W tym samym roku Maciej Berbeka i Maciej Pawlikowski weszli na Cho Oyo (8153 m n.p.m.). W 1986 roku Krzysztof Wielicki i Jerzy Kukuczka zdobyli Kangczendzongę (8598 m n.p.m.), zaś w 1987 roku Kukuczka wraz z Arturem Hajzerem pokonali Annapurnę (8091 m n.p.m.). Wreszcie w 1988 roku Krzysztof Wielicki stanął na szczycie Lhotse (8511 m n.p.m.).

Na kolejne zimowe wejścia trzeba było czekać kilkanaście lat. Dopiero nowe pokolenie himalaistów otworzyło kolejny rozdział. W 2005 roku polsko-włoski zespół, czyli Piotr Morawski i Simono Moro zdobyli zimą Shisha Pangma (8027 m n.p.m.). W 2009 roku Simone Moro i Denis Urubko weszli na Makalu (8463 m n.p.m.). I wreszcie w 2011 roku padło Gasherbrum II, a w 2012 Gasherbrum I.

Wyścig zbrojeń?

W Karakorum pozostały jeszcze dwa niezdobyte nigdy zimą ośmiotysięczniki – K2 oraz Broad Peak, w Himalajach nie zdołano wejść zimą na Nanga Parbat. Przejście do chlubnej historii himalaizmu dzięki pierwszemu wejściu kusi wiele wypraw. O plamę pierwszeństwa będą dalej walczyć Polacy.

W wyścigu tym ważne jest wszystko. Doświadczenie, umiejętności techniczne, przygotowanie psychiczne i wytrzymałościowe, szczęście, ale także najlepszy i przemyślany w najmniejszym szczególe sprzęt oraz technologie umożliwiające w miarę możliwości precyzyjnie przewidzenie pogody.

Nasi himalaiści umiejętności i doświadczenie zdobywają w ramach programu Polski Himalaizm Zimowy 2010-2015, korzystając jednocześnie z rad i ogromnego wsparcia pierwszych zdobywców sprzed lat. Szczęście podczas akcji górskiej trudno przewidzieć, można mu jednak dopomóc. I tu pojawia się zagadnienie sprzętowego wyposażenia himalaistów.

Okno pogodowe

Dawny oblężniczy styl zdobywania ośmiotysięczników w Karakorum nie ma najmniejszej racji bytu. Na wietrznych i zimnych stokach gór sprawdzają się wyłącznie małe i szybkie zespoły. Nie ma czasu do stracenia – rzadkie okna pogodowe, w których wiatr nieco słabnie trwają czasem zaledwie kilkanaście godzin. I tylko podczas nich możliwa jest górska akcja. To dlatego właśnie w ostatnich latach tyle sukcesów jest udziałem Simone Moro i Denisa Urubko. Niezwykle utalentowani i doświadczeni wspinacze, są także bardzo szybcy. Na ich stylu działania wzorowali się Adam Bielecki i Janusz Gołąb.

Głównym wrogiem wypraw zimowych w Karakorum jest niska temperatura i wiatr. Termometry na wysokości 8000 m n.p.m. mogą wskazać minus 45 stopni Celsjusza, a przy sile wiatru choćby tylko 60 km/h temperatura odczuwalna na ciało to minus 60, czy nawet minus 70 stopni Celsjusza. Warunki w Karakorum znacznie różnią się od tych w Himalajach ze względu na bliskość morza i zatoki Perskiej – relatywnie ciepłe masy powietrza wpływają na większy niż w Himalajach gradient ciśnieniowy.

Sztuka działania w oknie pogodowym opiera się nie tylko na szybkim przygotowaniu się i wyruszeniu na akcję górską, ale także na długich dniach, a nawet tygodniach oczekiwania na dogodny pogodowo moment. To zaś wymaga odpowiedniego przygotowania psychicznego. Życie w bazie sprowadza się do czytania książek, gry w brydża i szachy, jedzenia posiłków, ale przede wszystkim wiecznie przedłużającej się nudy, przerywanej ciągłym zerkaniem na pogodowe diagramy.

Okno pogodowe to kilkanaście godzin, rzadziej kilka dni w miarę bezwietrznej pogody, podczas której możliwe jest zdobycie szczytu. Czas ten musi starczyć nie tylko na wejście na górę, ale także bezpieczne zejście do bazy. Polscy himalaiści korzystali z informacji pochodzących od Karla Gabla – alpinisty meteorologa z ZAMG (Zentralanstalt für Meteorologie und Geodynamik), który od lat specjalizuje się w prognozach dla Karakorum i Himalajów, pomagając swoją wiedzą i doświadczeniem himalaistom z całego świata.

Dane i prognozy pochodzące od Karla są na wagę złota, jednak himalaiści korzystają zazwyczaj z kilku źródeł i niekiedy gra jest o to, które okaże się najlepsze. A jak to często bywa, to co najlepsze jest też najdroższe, stąd stawka rozbija się też o pieniądze.

Puch i kosmiczne technologie

W tych warunkach żeby uchronić się przed odmrożeniami, czy nawet zamarznięciem himalaiści muszą być wyposażeni w najlepszy sprzęt od stóp do głów. Ważne są nie tylko właściwości i najlepsze parametry, ale także niska waga – powyżej 7000 n.p.m. niemal każdy zbędny gram może przełożyć się na porażkę.

Zewnętrzną warstwę ubioru himalaistów stanowi kombinezon, wypełniony ociepleniem z puchu gęsiego. Jak widać jeszcze nie wymyślono lepszej izolacji niż naturalny puch, który jednak przy wszystkich swoich zaletach ma jedną poważną wadę – grzeje tylko do momentu kiedy jest suchy. Dlatego właśnie tak ważne są materiały wewnętrzne i zewnętrzne w kombinezonach, które chronią puch przed wilgocią.

Istotne jest to zwłaszcza zimą, a jak się okazuje wciąż jeszcze nie wszyscy zdali sobie sprawę z różnicy między himalajskim ubiorem letnim a zimowym. W tym samym czasie w którym Polacy zdobywali Gasherbrum I, na górze działa także międzynarodowa wyprawa pod wodzą Austriaka Gerfrieda Gӧschla. Niestety członkowie wyprawy nie powrócili z ataku szczytowego, na co prawdopodobnie złożyło się kilka przyczyn, wśród których było także to, że byli wyposażeni w sprzęt z najwyższej półki, ale przeznaczony na warunki letnie.

Kombinezon zimowy musi posiadać materiał laminowany z membraną, która odpowiada za odprowadzanie wilgoci z wewnątrz, od ciała użytkownika na zewnątrz materiału, nie wpuszczając jednocześnie deszczu, śniegu oraz wiatru przez materiał od zewnętrz.

Membrana znana jest każdemu użytkownikowi technicznej odzieży outdoorowej, wyposażone są w nią wodoszczelne i wiatroszczelne kurtki zewnętrzne, które zakładamy np. podczas trekkingów w górach.

Wynalazek odzieży membranowej ma już wiele lat, pierwsze prace nad membranami rozpoczęły się w latach 30. XX wieku, kiedy to odkryto politetrafluoroetylen. Technologię produkcji tego związku opatentowała firma Du Pont, zastrzegając go pod nazwą handlową Teflon, dziś doskonale znaną z patelni o nieprzywierającej powierzchni. W 1969 roku firma W.L. Gore stworzyła najbardziej znaną na świecie membranę GORE-TEX, wykorzystywaną wówczas przez NASA przy tworzeniu skafandrów w przestrzeni kosmicznej. Lata 80. i 90. to czas intensywnych prac nad konkurencyjnymi dla Gore membranami. Pojawiły się w tym czasie nie tylko nowe związki chemiczne stosowane przy tworzeniu membran, ale także metody implementacji warstwy membrany na materiał nośny, z którego uszyta jest kurtka, spodnie, czy kombinezon. Rozwój technologii membranowych trwa do dziś, a każdego roku pojawiają się informacje o nowym produkcie w tym zakresie.

Prace technologów koncertują się głównie na zwiększeniu parametrów tzw. oddychalności laminatu (czyli jego paroprzepuszczalności – jak wiele wody pochodzącej z potu użytkownika jest w stanie przedostać się na zewnątrz materiału), wodoszczelności (czyli jak odporny jest materiał na przemakanie), wiatroszczelności, przy jednoczesnym zminimalizowaniu wagi całości materiału (im lżej tym lepiej), bez uszczerbku dla jego wytrzymałości. Osiągnięcie równowagi między tymi parametrami stanowi o sukcesie danego laminatu.

Laminat może być trójwarstwowy (materiał zewnętrzny, membrana, stale połączona podszewka), dwu i pół warstwowy (materiał zewnętrzny, membrana, warstwa ochronna wykonywana technologią nadruku) oraz dwuwarstwowy (materiał zewnętrzny, membrana, podszewka, najczęściej wykonana z cienkiej siateczki). W kombinezonach dla himalaistów najczęściej stosuje się membranę dwuwarstwową albo trójwarstwową.

Dla uzupełnienia właściwości całości ubioru technolodzy i projektanci muszą także skupić się na najsłabszym ogniwie kombinezonu, czyli szwach. Tu pojawia się zagadnienie jak najskuteczniejszego ich podklejenia wodoszczelnym i wiatroszczelnym materiałem – taśmy muszą być trwałe i wytrzymałe, nie zwiększając przy tym w sposób istotny wagi całości produktu.

Dodajemy, że himalaiści szturmujący szczyty w ramach Polskiego Himalaizmu Zimowego, w tym także Adam Bielecki i Janusz Gołąb, udają się w góry wyposażeni w kombinezony polskiej marki HiMountain. Denis Urubko, Simone Moro oraz Corey Richards byli natomiast wyposażeni przez doskonale znaną na świecie, amerykańską markę The North Face. Oznacza to, że i tu Polacy odnieśli sukces – patrząc z perspektywy sprzętu można powiedzieć, że jeden z dwóch zdobytych zimą ośmiotysięczników w Karakorum został osiągnięty przez amerykańskiego potentata, drugi przez niewielką markę ze Świętochłowic.

Pod kombinezonem

Himalaiści szykujący się na atak szczytowy powyżej 8000 m n.p.m. pod kombinezon nie mogą założyć tylko polara czy dwóch warstw bielizny termoaktywnej. Muszą uzbroić się w kolejną warstwę ociepliny, tym razem z włókien syntetycznych, które mają mniejsze możliwości izolacyjne niż puch, jednak mają to, czego mu brakuje – grzeją nawet gdy są wilgotne.

Obecnie najpopularniejszą ociepliną syntetyczną jest PrimaLoft, opatentowany przez amerykańską firmę Albany International Corporation. PrimaLoft, jak i produkty konkurencyjne są poliestrowymi mikrowłóknami, poddanymi wstępnej impregnacji cienką warstwą silikonu. Dzięki  temu włókna te mają właściwości hydrofobowe. Ułożone w przestrzenną strukturę, podobnie jak puch, zatrzymują między włóknami powietrze będące najlepszą warstwą izolacyjną. Dzięki swoim właściwościom hydrofobowym, nie zbrylają się gdy są wilgotne, utrzymując dzięki temu właściwości grzewcze.

Z PrimaLoftu produkuje się zarówno kurtki, bluzy, jak i spodnie, a nawet skarpety. Himalaiści jednak muszą zainwestować w nieco inną technologię w tym ostatnim przypadku – mowa tu o skarpetach kompresyjnych, stosowanych także przez biegaczy.

Skarpety kompresyjne, jak sama nazwa wskazuje, opierają się na procesie kompresji, który poprawia krążenie krwi, rozluźnia mięśnie i zmniejsza ich zmęczenie, redukuje drgania, przyśpiesza regenerację, stabilizuje wiązadła i ścięgna. Jak więc widać tu z pomocą przyszła medycyna.

Ścianki tętnicy reagują na zmiany ciśnienia, zaś specjalny profil zastosowany w skarpetach kompresyjnych zwiększa ciśnienie otoczenia, co powoduje rozluźnienie mięśni i zwiększenie średnicy tętnic. W efekcie zostaje poprawione krążenie krwi, co przy dużych mrozach i powolnym kroku powyżej 7000 czy 8000 m n.p.m. ma niebagatelne znaczenie i pomaga uniknąć odmrożenia palców u stóp.

Na skarpety kompresyjne zakłada się jeszcze warstwę izolującą. Tu znów kłania się natura – obecnie najczęściej używa się skarpet wykonanych z wełny pochodzącej od merynosów. Pomiędzy skarpetami zakłada się nylonowe worki a do butów himalaiści dokładają wkładki elektryczne lub ogrzewacze chemiczne, opierające swoje działanie np. na materiałach przemiany fazowej. Używa ich się także do ogrzewania dłoni, które podobnie jak stopy są najbardziej narażone na odmrożenia.

System odzieży himalajskiej składa się z wielu drobnych elementów, każdemu z nich trzeba poświęcić tyle samo uwagi. Źle dobrana grubość rękawiczek, zbyt luźne skarpety, minimalnie za ciasne buty, czy wreszcie nie podklejone szwy w zewnętrznym kombinezonie mogą się skończyć tragedią, a najczęściej prowadzą do utraty palców u stóp, czy rąk lub do hipotermii. Podobne znaczenie ma odpowiedni dobór czekanów, raków, a także namiotów, w które będą schronieniem w najcięższych zimowych warunkach. Wszystko to w przyszłości, a najpewniej już najbliższej zimy, zadecyduje kto zapisze się na kartach historii zimowego himalaizmu. Miejmy nadzieję, że będą to Polacy.

Aneta Żukowska

admin

Komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *