Zielone światełko w tunelu

dreamstime_14338317 (1)

Na ustawę o odnawialnych źródłach energii branża energetyczna i konsumenci czekają od lat. Wiele wskazuje na to, że ustawa może niedługo trafić do sejmu i że zostanie przegłosowana w jej obecnym kształcie. A kształt ten już teraz budzi sporo kontrowersji.

Zielone certyfikaty

Do tej pory kwestie produkowania i sprzedaży energii ze źródeł odnawialnych regulowało Prawo Energetyczne. Ustawa ta wprowadzała tzw. system zielonych certyfikatów. Certyfikaty wydawane są producentom na podstawie świadectw pochodzenia energii, a operator systemu przesyłowego (czyli spółka Polskie Sieci Elektroenergetyczne SA) i operatorzy systemu dystrybucyjnego (np. RWE czy Tauron) zobowiązani są do uzyskiwania i przedstawiania do umorzenia określonej liczby zielonych certyfikatów. Ten obowiązek nałożony jest pod rygorem uiszczenia tzw. opłaty zastępczej, którą wyżej wymienione podmiotu muszą uiszczać w przypadku nie zgromadzenia odpowiedniej ilości certyfikatów. Ponadto, tzw. sprzedawca z urzędu (w praktyce są to niektóre przedsiębiorstwa obracające energią elektryczną wyznaczane decyzją Prezesa URE) jest zobowiązany do zakupu energii elektrycznej pochodzącej z odnawialnych źródeł energii przyłączonych do sieci znajdującej się na terenie obejmującym obszar jego działania. Zakup odbywa się po średniej cenie sprzedaży energii z poprzedniego roku. W ten sposób producenci energii z wiatru czy słońca mają zapewniony rynek zbytu i w miarę stabilne zyski ze sprzedaży certyfikatów.

Dlaczego rząd postanowił zmienić istniejący system na nowy? Jedną z przyczyn jest nadpodaż zielonych certyfikatów. W latach 2012-2014 następował wzrost produkcji energii z OZE, a obowiązek uzyskiwania i przedstawiania do umorzenia certyfikatów pozostawał na poziomie z 2011 roku. Ponadto, niektóre przedsiębiorstwa nie decydowały się na nabywanie certyfikatów nawet wówczas, gdy ich cena była znacząco niższa niż wysokość opłaty zastępczej. To doprowadziło do dalszego spadku cen certyfikatów, co w konsekwencji może doprowadzić do zatrzymania rozwoju OZE.

Ponadto krytycy starej ustawy podkreślają, że technologie OZE różnią się od siebie i że w związku z tym nie można wspierać ich w jednolity sposób. Na podobnym stanowisku stoi Rada Ministrów, zdaniem której obecny system nie stymuluje rozwoju najbardziej pożądanych rozwiązań, a wspiera jedynie te, które są w stanie wytwarzać energię najmniejszym kosztem. Problem z zielonymi certyfikatami polega na tym, że mają jednolitą cenę, niezależnie od źródła pochodzenia energii. Nominałem certyfikatu są kilowatogodziny, więc najwięcej zarabiają ci, którzy potrafią uzyskać energię najtańszym kosztem. Rządy twardej ręki rynku nie powinny być może dziwić w gospodarce rynkowej, ale nie od dziś wiadomo, że energia ze źródeł odnawialnych nie należy do najtańszych, a argumenty przemawiające za jej promocją są raczej ekologiczne i polityczne, niż ekonomiczne.

 

I to właśnie polityka leży u podstaw proponowanych zmian. Stymulowanie rozwoju różnych technologii OZE ma przede wszystkim pomóc Polsce osiągnąć 20% udział odnawialnych źródeł energii w naszym miksie energetycznym. Do osiągnięcia takiego pułapu do 2020 roku Polskę zobowiązują postanowienia pakietu klimatyczno-energetycznego. W nowej ustawie chodzi jednak nie tylko o uzyskanie owych 20%. W obecnym systemie najwięcej zyskują duże elektrownie wodne i instalację do współspalania biomasy (gdzie często biomasę spala się z innymi surowcami), a także duże farmy wiatrowe. Mniejsi przedsiębiorcy, fotowoltaika i prosumenci, którzy chcieliby sprzedawać wyprodukowaną w domowych instalacjach energię są raczej na straconej pozycji. Pomoc publiczna jest zatem skierowana do najsilniejszych, a nie do najsłabszych.

W szerszej perspektywie chodzi również o oszczędności: Ministerstwo Gospodarki przewiduje, że wydatki przeznaczone na wsparcie OZE przy dalszym funkcjonowaniu ustawy Prawo Energetyczne w jej aktualnym kształcie wzrosłyby z obecnych 4 mld zł do 11 mld zł w 2020 roku. Zyski mają również przynieść nowe miejsca pracy. W Niemczech w sektorze OZE pracę ma 340 tyś. osób.

 

solar

 

Kogo będzie stać na aukcje?

Nowy system wsparcia odnawialnych źródeł energii przewiduje przede wszystkim likwidację zielonych certyfikatów – korzystać z nich będą mogli tylko ci wytwórcy, którzy obecnie funkcjonują w tym systemie i będą chcieli w nim pozostać. Certyfikaty zostaną zastąpione przez system aukcyjny. Przynajmniej raz do roku będą ogłaszane aukcje na zakontraktowanie budowy instalacji i dostarczania określonych ilości energii. Aukcje mają być ogłaszane odrębnie dla małych i dużych wytwórców energii. Producenci będą konkurować między sobą ceną produkcji, ale ci, którzy zarobią mniej, będą mogli starać się o dofinansowanie. Ustawa wprowadza dwa pułapy: cenę referencyjną, czyli maksymalną cenę, jaką proponować mogą producenci energii (mechanizm ten ma zapobiegać zmowie cenowej producentów) oraz średnią cenę energii, która będzie stanowiła punkt odniesienia dla ustalania wysokości dofinansowania. Mechanizm ten powstał z myślą o tych instalacjach, które produkują energię drożej: cena na aukcjach będzie zapewne ustalana przez producentów najefektywniejszych cenowo, ale starty produkujących drożej będzie wyrównywał system. Dzięki określeniu pułapu, od którego przysługiwać będzie wsparcie (sprzedaż energii poniżej średniej ceny) ustawa ma wyeliminować tzw. nadwsparcie, czyli sytuację, w której pomoc otrzymują ci przedsiębiorcy, którzy mogliby się bez niej obejść. Wsparcie państwowe dla nowozakontraktowanych producentów będzie obowiązywało przez piętnaście lat.

System aukcyjny funkcjonuje w kilka krajach na świecie i ma zarówno gorących zwolenników, jak i zaciekłych przeciwników. W Brazylii na przykład charakteryzują go dosyć wysokie wymagania wobec podmiotów chętnych do udziału w aukcji. Firmy chcące starać się o kontrakty muszą wpłacić kaucję w wysokości 10% wartości całego proponowanego przez nie projektu. Zdecydowano się na to rozwiązanie po to, by wykluczyć z procesu te podmioty, które niezdolne będą do zrealizowania swoich zobowiązań. Nierzadko bowiem zdarza się, że zbyt małe firmy biorą na siebie zbyt duże zobowiązania lub też oferują nierealistycznie niskie ceny – z tych powodów w 2012 roku w Brazylii udało się zrealizować jedynie 65% projektów.

Oczywistą wadą systemu wprowadzającego już na początku tak wygórowane wymagania jest ograniczenie rynku OZE tylko do dużych firm, podczas gdy jednym z założeń polskiej ustawy miało być wsparcie małych i średnich przedsiębiorstw i prosumentów. Jak na razie kaucja przewidziana w projekcie ustawy o OZE wynosi 30 zł za 1 kW mocy instalacji, która będzie miała produkować energię.  Moc pojedynczej turbiny wiatrowej, w zależności od jej rozmiaru, to od 0,5 MW do 10 MW. Czas pokaże, w jaki sposób ta cena zdefiniuje rynek OZE.

Holandia, gdzie również funkcjonuje system aukcyjny, również boryka się z problemem niedokończonych projektów. W 2011 roku udało się zbudować tylko 8% zakontraktowanych biogazowni. Jeszcze gorsza jest sytuacja fotowoltaiki: 98% projektów, które wygrały zeszłoroczne aukcje nie zostało jeszcze dokończonych, chodź warunki aukcji przewidywały zbudowanie ich w ciągu kilku tygodni.

Krytycy systemu aukcyjnego często podkreślają, że jest to system, który wspiera duże podmioty i duże kontrakty kosztem małych i średnich przedsiębiorstw i prosumentów. Wskazują przy tym na system niemiecki (feed-in tariff), których ich zdaniem wspiera bardziej „obywatelską” produkcję energii. Dodatek, który producenci otrzymują powyżej ceny detalicznej sprzedaży energii jest uzależniony od typu technologii, którą się posługują: niższy dla technologii wiatrowych, a wyższych dla fotowoltaiki i elektrowni pływowych. W Niemczech zatem stopień dofinansowania jest w sztywny, w Polsce zależeć ma od ostatecznej ceny ukształtowanej w aukcji.

W Polsce zdecydowane się na system aukcyjny, by chronić budżet przed nadmiernymi wydatkami. Jeśli bowiem przedsiębiorcy uzyskają cenę równą średniej cenie ogłaszanej przez Prezesa URE, to nie będzie im przysługiwało dofinansowanie, a jeśli będzie ich wielu, to i oszczędności będą duże. Czy ten system spełni swoje zadanie? Trudno orzec, bo jeśli w aukcji mają wygrywać najtańsi, to – mając gwarancję, że do pewnego poziomu i tak dostaną pieniądze z budżetu – nie będą mieli motywacji, żeby utrzymywać wysokie ceny.

 

dreamstime_xxl_31692357

 

Własny prąd

Ustawa o OZE ma również poprawić sytuację „prosumenta”, czyli konsumenta wytwarzającego jednocześnie energię elektryczną w małej, przydomowej instalacji OZE. Ustawa wprowadzi obowiązek odkupienia nadwyżek energii produkowanych przez te mikroinstalacje przez okres 15 lat za cenę w wysokości 80% średniej ceny energii elektrycznej, którą ogłaszał będzie Prezes Urzędu Regulacji Energetyki. Prosumentom życie ułatwić ma również zapis przewidujący powstanie rejestru wytwórców energii w małej instalacji. Rejestr będzie prowadzony przez Prezesa URE, a wpis do niego zastąpi dotychczasowy wymóg zarejestrowania działalności gospodarczej.

Choć jest to zdecydowanie krok naprzód, to trudno ocenić, czy wiele osób zdecyduje się na inwestycję w domową elektrownię. Nie wiadomo właściwie, dlaczego energia produkowana przez prosumentów skupowana ma być akurat za 80, a nie 100% średniej ceny rynkowej. Ponadto opłata, jaką prosument sam płaci dostawcy energii składa się z wielu różnych elementów, takich jak opłaty przesyłowe, opłaty abonamentowe, opłaty jakościowe, sieciowe i inne, podczas gdy podstawą wyliczenia opłaty jaką dostawać będzie prosument jest tzw. „goły prąd”. W większości przypadków, by zrównoważyć swoje zużycie energii elektrycznej przez sprzedaż własnej, gospodarstwa domowe będą musiały wyprodukować znacznie więcej energii, niż same zużywają.

Kontrola z Brukseli

Funkcjonowanie nowej ustawy dodatkowo utrudnić może stanowisko Komisji Europejskiej. Pomoc publiczna dla przedsiębiorców jest na terenie Unii Europejskiej ściśle regulowana i nie wiadomo, czy proponowane w nowej ustawie rozwiązania nie zostaną uznane za niedozwolone. Pomoc publiczna, która preferuje część przedsiębiorców kosztem innych ich jest wykluczona, a wszelkie plany przyznania jakiejkolwiek pomocy należ notyfikować Komisji Europejskiej, która wszczyna odpowiednią procedurę i decyduje, czy planowana pomoc jest dozwolona czy nie. Wcześniej rząd planował notyfikację ustawy w Komisji Europejskiej, obecnie – po konsultacji z Urzędem Ochrony Konkurencji i Konsumenta i wprowadzeniem sugerowanych przez UOKiK zmian – zdecydował się tego nie robić. Część prawników uważa jednak, że proponowany system powinien zostać zgłoszony, gdyż nie obejmuje go rozporządzenie o tzw. wyłączeniach blokowych (GBER), na które powołuje się rząd. – Komisja Europejska już kilkakrotnie w przeszłości interweniowała wobec państw promujących systemy wsparcia produkcji energii, które w jej opinii stanowiły niedozwoloną pomoc publiczną – mówi Dag Nilsson, radca prawny, cytowany przez Dziennik Gazetę Prawną. – Aby system wsparcia został uznany na podstawie prawa wspólnotowego za pomoc publiczną nie wymagającą notyfikacji, świadczenie takie musi spełnić kilka kryteriów. Wśród nich musi być zgodność z wytycznymi w sprawie pomocy państwa dotyczącymi ochrony środowiska i energii na lata 2014–2020 oraz z GBER właśnie – dodaje.

Komisja Europejska bada zresztą obecny system zielonych certyfikatów pod kątem zgodności z tymi samymi przepisami. Jakiś czas temu podobny system działający w Wielkiej Brytanii został uznany za niedozwolony. Zdaniem dr Marcina Stoczkiewicza, członka zarządu Fundacji ClientEarth zrzeszającej prawników ochrony środowiska problemem może być także proponowany system odkupowania energii od prosumentów. – Obowiązek zakupu energii elektrycznej z odnawialnych źródeł energii po cenie gwarantowanej stanowi pomoc publiczną nieobjętą wyłączeniami blokowymi. Jeśli dystrybutor kupuje energię od producenta z mikroinstalacji i płaci mu tylko 80% rynkowej ceny z roku poprzedniego, to 20 % stanowi finansowe uprzywilejowanie dystrybutora – mówi Dziennikowi Gazecie Prawnej.

Dawid-Rycąbel-2

Pół kroku naprzód

Ustawie o odnawialnych źródłach energii kontrowersje towarzyszą od kiedy tylko powstał jej pierwszy projekt. Stanowi ona punkt styczny między interesami koncernów, przedsiębiorców, spółek państwowych, samego państwa i jego zobowiązań klimatycznych czy wreszcie bezpieczeństwa energetycznego kraju. I choć jej projekt wprowadza wiele udogodnień dla produkcji energii z OZE, to można mieć wrażenie, że w wielu kwestiach zmiany nie idą dostatecznie daleko. Być może twórcy ustawy chcieli za jednym zamachem pogodzić sprzeczne interesy różnych grup i zaspokoić kilka sprzecznych potrzeb. Przykład innych państw pokazuje, że system aukcyjny sprzyja dużym przedsiębiorstwom, na rzecz których działa efekt skali: dzięki swoim rozmiarom mają dostęp do tańszych kredytów i infrastruktury. Lokalni i mali przedsiębiorcy, bez doświadczenia i z mniejszym wsparciem będą musieli poradzić sobie z groźną konkurencją jeszcze zanim w ogóle dofinansowywanie ich zostanie wzięte pod uwagę. Najmniejsi wytwórcy, dysponujący infrastrukturą o mocy zainstalowanej mniejszej niż 1 MW nie będą musieli konkurować z gigantami, gdyż mają być dla nich organizowane osobne aukcje. Ponadto to właśnie oni mają produkować minimum 25% energii objętej wsparciem finansowym. Choć z punktu widzenia małych przedsiębiorców jest to zdecydowanie pozytywne rozwiązanie, to można się zastanawiać, dlaczego przyjęto akurat taki, a nie inny próg. Z czasem okaże się, czy wartości 1 MW nie należałoby zrewidować. I oby tylko takich kosmetycznych zmian wymagała nowa ustawa.

 

Piotr Pawlik

admin

Komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *